Węgry od kuchni – przewodnik po kuchni węgierskiej

Przysłowie bratające Polaków i Węgrów nie wzięło się znikąd. Oddaleni od nas o 600 km nasi europejscy sąsiedzi, tak jak my, uwielbiają dobrze zjeść, są uśmiechnięci i gościnni.

W naszą kulinarną wyprawę po Europie udaliśmy się z dwójką przyjaciół. Zachęcam Was do podróżowania w kilkuosobowym gronie, na pewno nigdy nie będziecie się nudzić, na bieżąco wymienicie się opiniami o lokalsach*, atrakcjach i oczywiście kuchni – a zamawiając 4 różne dania i spróbujcie ich na raz! To się nazywa ekspresowe poznawanie kultury! Wracając do meritum, a więc naszej podróży, rozpoczęliśmy ją na Węgrzech, docelowo kierując się nad wspaniałe jezioro Balaton (jezioro o takiej samej nazwie znajduje się na warszawskim Gocławiu, taka ciekawostka), szczegółowo do miejscowości Siofok, oddalonej o całe 645 km od naszej stolicy. Ale za nim do tego dojdziemy zaznaczę iż naszą podróż po Europie podzielę na kilka wpisów abyście mogli zaczerpnąć z niej maksymalnie dużo pożytecznych informacji oraz poczuć klimat słonecznej, ciepłej i pozytywnej Europy, dostępnej na wyciągnięcie ręki dzięki braku namacalnych granic. Bazując na wszystkich  niuansach smakowych, zapachowych i moich kolorowych wspomnieniach.

*rdzennej lub przyjezdnej ludności zamieszkującej dane terytorium, posługujące się wspólnym językiem o ujednoliconej kulturze i obyczajach

Słodka Anna i Ostry Pinto

Nawet jeśli o Węgrzech wiemy niewiele każdy z nas słyszał o tutejszym gulaszu, leczo i produkowanej tutaj wędzonej papryce. W sklepach i na bazarach znajdziecie jest całe mnóstwo: świeża, marynowana, suszona w pękach czy mielona, dostępna w obszernej ofercie chromatograficznej i szerokiej skali płynnie łączącej wersje łagodne i ostre, wszystkie uroczo powyginane przez naturę w zabawne, nieregularne kształty. Najbardziej znaną i popularną wśród turystów jest właśnie słodka papryka Anna i ostry wędzony Pinto – spójrzcie na zdjęcie poniżej.  Kraj papryki – to wspaniałe określenie dla Węgier z racji tego, że jest największym europejskim producentem jakościowej papryki. Duże nasłonecznienie i dostępność wody powoduje, że wszystkie węgierskie warzywa smakują intensywnie i niezwykle świeżo. Nie pamiętam czy kiedykolwiek jadłam tak smaczne pomidory, intensywnie czerwone, wyjątkowo słodkie i soczyste. Będąc na Węgrzech zjedzcie ich sporo, warto.

Gulasz, łyżki w dłoń

Swoja podróż po kraju zaczęliśmy od śniadania w miejscowości o nieznanej mi nazwie, oddalonej o 150 km od Siofok. Przywitało nas piękne słońce, które wspaniale oświetlało rozległe plantacje słoneczników. Z radością pognaliśmy do napotkanego po drodze niewielkiego hotelu, dołączając się do śniadania przygotowanego dla jego gości. Było to dość klasyczne bufetowe menu: lokalne wędliny i sery, chleb, masło, dżem, miód, mleko, świeże warzywa oraz kawa i herbata. Tak jak u nas zjada się tu całkiem sporo, różnorakiego pieczywa, które zawsze jest bardzo dobrej jakości, z czym u nas bywa różnie. W menu znajdziecie pyszne biały chleb, bajgle, rogale i bułeczki, a do większości dań i śniadań podaje się popularny chleb o bułkowym charakterze w smaku przypominającym naszą chałkę. Nie aż tak słodki, ale o identycznej porowatej strukturze. Będąc w Węgierskich piekarniach nie spotkałam razowego pieczywa. Widziałam chleby z mieszanek mąk jednak typowy ciemny chleb nie ma tutaj dużego wzięcia.

Gdy dojechaliśmy do Siofok zaczęliśmy zażywać wspaniałości Balatonu i znajdującego się w nim targu. Wspaniałe lokalne produkty i cudowne smażalnie ryb nad jeziorem sprawiają, że miejscowość ta jest wymarzonym wakacyjnym kurortem. W planach mieliśmy lenistwo, pływanie i rejs łódką po pięknej, prześwitującej błękitnej tafli jeziora.

W międzyczasie udało się nam spróbować cudownych potraw lokalnej kuchni. Bogracz, gulasz, leczo, smażone ryby, panierowane pieczarki, sałatki pomidorowe i placek langosz, lokalne wina i owocowe palinki, tego musicie spróbować.

Gulasz. Tutejszy gulasz to wołowa potrawka z dużą ilością wędzonej suszonej papryki, kawałkami cebuli i świeżej papryki w żadnym wypadku nie zaprawiana mąką. Gulasz to dość luźny sos z dużą ilością mięsa i intensywnym smaku. Dla turystów w osobnych naczynkach podaje się pikantną paprykową pastę aby każdy sam mógł sobie doprawić swoją porcję.

Bogracz to wersja gulaszu z większą porcją warzyw i kładzionymi kluseczkami pływającymi w sosie. Węgrzy to wspaniały, prosty naród uwielbiający aromatyczne jednogarnkowe potrawy. Bogracz jest jedną z nich. Smaczny, prosty i na długo pozostający w pamięci smak wakacji.

Węgrzy używają do przygotowywania swoich potraw bardzo dużo tłuszczu.
Olej i oliwa leją się tutaj litrami, a większość dań jest smażona we fryturze. Jednakże kucharze umieją jej używać i nie ma się wrażenia, że jedzone dania nasiąknięte są olejem. Z pewnością są ciężkie i treściwe ale je się je przyjemnie, co niestety widać po lokalnej ludności.

Warzywa można domówić do swojego dania, co polecam gdyż ciężko wyobrazić sobie lepszą sałatkę z pomidorów, która tak na prawdę jest jedynie pomidorem z cebulą. Wspaniałość. Węgrzy marynują swoje warzywa. Wstępnie kiszone ogórki i papryki różnych rodzajów, później przekłada się do słodko-kwaśnej marynaty. Świetnie orzeźwiają i wyostrzają smak.

Zachwycił mnie też langosz. Płaski placek o średnicy 20 cm przygotowany z drożdżowego ciasta pączkowego, smażony we fryturze. Podawany w wielu wersjach,  w tym w najbardziej popularnej, ze śmietaną i tartym słodkim żółtym serem, smakującym jak edam. Cudowne proste danie ukazujące kunszt kucharza w dobrze wyrobionym, pulchnym i elastycznym drożdżowym cieście. Koniecznie go zjedzcie jeśli pojawi się na Waszym horyzoncie. Placek czasem smaruje się także czosnkową zawiesiną co podkreśla smak sera, co zasugerowała nam przemiła Pani serwująca Langosze. Mało tego, na budce z plackami był nawet opis z tłumaczeniem oferty na język polski! Jednak Polak i Węgier to z pewnością dwa bratanki, mimo bariery językowej nie do przejścia (w sumie można się dogadać z Węgrami ale po próbach kontaktu od gestykulacji bolą ręce).

Na pewno zaciekawił Was termin palinka.  Palinki to lokalne wódki produkowane metodą podwójnej destylacji, smakujące podobnie jak grappa, z wyraźnym owocowym akcentem. Sprzedaje się je za ciężkie pieniądze w zabawnych opakowaniach dla turystów. Ja polecam Wam poszukanie informacji o tradycyjnych lokalnych palinkach rzemieślniczych, takim terminem ostatnio określa się u nas produkty przygotowane tradycyjną, domową metodą, kupicie nie tylko prawdziwą wódkę, ale też poznacie wspaniałych, barwnych, szczęśliwych ludzi.

Owoce morza

Jeśli przebywacie w miejscowości nadmorskiej, za taką uważa się Siofok, musicie spróbować tutejszych ryb. Nasz uroczy przewodnik, podejrzanie przystojny blondyn o śniadej karnacji i niebieskich oczach, zaprowadził nas do lokalnej smażalni, o której praktycznie nie wiedzą przyjezdni. Przyznam, że nigdy nie jadłam tak dobrej i świeżej ryby.  W ofercie smażalni znajdziecie ich całą masę. My wybraliśmy polecanego przez przewodnika sandacza. Osobnika smażonego w całości w sekretnej mieszance przypraw w głębokim pachnącym rzepakiem tłuszczu. Jego świeżość, wspaniałość i misterny sposób przygotowania, okraszony pokazem autorskiego połowu właściciela zakończonym wyborem przyrządzanego dla każdego mięsa to bezcenne i wspaniałe przeżycie. Ciekawostką jest to, że w wystrój nie inwestowano od lat 70-tych. Nikomu nie przeszkadza fallista blacha na dachu, wycięta tak aby mieścić się w otaczających smażalnię drzewach, ani czerwone ceraty w białą kratę na stołach, a nawet podawanie jedzenia na papierowych talerzach. Wszystko jest tak przepyszne, że nie potrzebuje tej pretensjonalnej nadmuchanej otoczki pseudo dobrej restauracji. Gdy zobaczyłam w Napisanej pisakiem na tablicy karcie ziemniaczane placki rosti* zaczęłam skakać z radości. Pamiętam je z utęsknionej Szwajcarii. Co tu kryć. Były tak pyszne, że do tej pory śnią mi się po nocach. Zadowoleni ruszyliśmy dalej.

Co ciekawe, taka malutka dygresja, w restauracjach praktycznie nie ma kart deserów. Oczywiście spotkacie tutaj wiele lodziarni i kawiarni co jakoś to rekompensuje. Tak na prawdę w ogóle mnie to nie dziwi. Kto po tak sutym obiedzie miałby siłę aby zmęczyć jeszcze kawałek ciasta lub porcję kremu sułtańskiego?

*Rosti – placki przygotowane z tartych grubo surowych lub świeżych ziemniaków z dużą ilością cebuli, jajkami i mąką. Smażone na oleju, na patelni lub we fryturze podawane w oryginale z sosami lub jajkiem, lub jako dodatek do potraw.

Sklepy, czyli jak wyglądają zakupy detaliczne

Obecny kurs węgierskiego forinta to ok. 14 PLN na 1000 wspomnianych (ft). Jeżeli macie możliwość zakupy starajcie się robić w lokalnych większych sklepach, w mniejszych ceny są znacznie wyższe. Żywność kosztuje praktycznie tyle samo co u nas, choć owoce są i warzywa są tutaj droższe. Przeciętny człowiek zarabia równowartość 100 000 forintów choć nie wiem czy lokalny sprzedawca, któremu zadałam to pytanie, powiedział mi prawdę. W sklepie zaciekawiło mnie to jak bardzo popularne w krajach bałkańskich jest pakowanie jedzenia w metalowe tubki. W tubkach znajdziecie pasty pomidorowe, keczupy, papryki, pasty z czosnku, majonezy i pasty kanapkowe. To dobry pomysł logistyczny – tubka Wam się nie zbije, nawet podczas bardzo intensywnej podróży. Ciekawe jest też to, że przelicznik z Forinta na Euro ma się nijak do naszego. Zupełnie nie opłaca się tutaj płacenie w Euro. Według przelicznika sprzedawców Euro ma niższą wartość niż forint i trzeba go oddać więcej za zakup tego samego towaru. Jak to się dzieje? Nie mam pojęcia. Przykładem może być nasze pierwsze śniadanie na miejscu. Pan poprosił o 1000 forintów za 4 osoby, w euro miało być to 15 jednostek. 14 złotych do 64,5; i tak mniej więcej to wygląda. Tendencja ta zmniejsza się w miarę zbliżania do aglomeracji miejskich, w Siofok była mniejsza, jednak na tyle wyraźna, że warto o niej pamiętać.

Podsumowanie:

Z Węgier należy przywieźć: paprykę w różnorakiej formie, pastę z czosnku, palinkę i wino, ale też oliwy i oleje, które są tutaj świetnej jakości.

Ceny: $$ / $$$$$

Pogoda: Ciepło, upalnie.

Bariera Językowa: Nie do przejścia. Niczego nie da się domyśleć słysząc węgierskie komunikaty. W miejscach w których byliśmy mieszkańcy znali łamany angielski, przewodnik znał go biegle, a sprzedawcy i kelnerzy przeciętnie, choć komunikatywnie.

zdjęcia soon!